wtorek, 13 sierpnia 2013

Król Lew po Tigowemu, cz.5

   Taka rano obudził się całkowicie oszołomiony. Nie wiedział gdzie jest i jak się nazywa. Obok nikogo już nie było. Słońce stało wysoko, było gorąco.
 Wyszedł z groty i przeciągnął się. Jęknął, bo poczuł kłucie w ranie... która o dziwo nie krwawiła już wściekle. Oko nadal było spuchnięte, ale dało się przeżyć. No i nie bolało już tak, jak w nocy. Rozejrzał się. Pod akacją leżały jak zwykle dziewczyny - Sarafina, Sarabi, Erika, Dalia. Było parno, więc leżały delektując się kawałkiem cienia i najmniejszym podmuchem wiatru. Zanim Taka zdążył podejść do nich, podbiegł do niego Shizasen.
- Cześć! - zawołał wyraźnie uradowany, że widzi go żywego. - Jak oko? Saffy mówiła, że nieźle dostałeś... - tu lekko się zmieszał.
Książę zamiast posmutnieć, roześmiał się.
- Dobrze, już dobrze. Ledwo widzę na to oko... ale da się znieść. - uśmiechnął się. Poszli razem pod akację.
- Cześć Taka! - zawołały dziewczyny zrywając się z miejsc. Sabby nawet chciała mu ustąpić zdobytego największego kawałka cienia, jednak ten ją powstrzymał.
- Nie, dzięki Sarabi, ale nie. Ja na prawdę jeszcze nie umieram... - zaśmiał się pod nosem.
Sarafina zaczęła żywo wychwalać to, jak odważnie się zachował. Zaczęła potępiać zachowanie króla. Taka czuł wyraźnie, że robi to, bo się w nim zakochała.
 Cały dzień spędził w ich towarzystwie, a popołudnie na spacerze z Shizasenem. Uru po owej awanturze, która zakończyła się skazą na oku Taki, cofnęła mu zakaz odchodzenia od niej. Ahadi protestował, jednak został dosadnie stłumiony przez płacz Mufasy i nienawistne spojrzenie królowej. Teraz książę i jego przyjaciel przechadzali się po sawannie o zachodzie słońca. Taka zauważył, że nie ma ani Ziry, ani Hawy. Nie martwił się jednak, bo wiedział, że obydwie są silne. Hawa była już od dłuższego czasu poza domem - od 5 dni nikt jej nie widział. Może Zira poszła jej szukać...?
 Nagle zza drzew wyłoniła się Sarabi. Podeszła do nich i przywitała się. Shizasen wyczuł, że Taka odurzył się jej obecnością, więc w pewnym momencie cicho się ulotnił. Książę zaś aż do samego zmroku spacerował z lwicą, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Nie wiedział jednak, że obserwują ich Mufasa i Sarafina...

 Minęły 3 miesiące. Muffy wciąż coraz mocniej oddalał się od Taki. Hawa przepadła, Zira razem z nią. Erika bardzo to przeżywała; mimo prób poszukiwań podjętych przez Uru i Sophie, nie odnaleziono nawet śladu lwic. Taka całkowicie zapomniał o Zirze, zbliżając się z każdym dniem do serca Sabby. Ona też zaczęła coś do niego czuć. Przyszły król zaczął nazywać brata Skazą, ze względu na ranę na lewym oku. Wszystko zdawało się niewinne i beztroskie...
 Taka był już dość pokaźnym lwem, miał już nawet grzywkę nad czołem i grzebień na szyi. Nadal jednak był słabszy i chudszy od Mufasy. Pewnego dnia wyszedł na samotny spacer blisko granicy ze Złą Ziemią. Czuł się nieswojo od samego rana, nosił się z zamiarem powiedzenia Sarabi o swoich uczuciach... Czegoś mu brakowało, miał dziwne wrażenie, że to nie o Sarabi powinien się starać. Nie miał jednak pojęcia, o kogo mogło chodzić. Może o Sarafinę, która oddałaby wszystko za bycie jego księżniczką? Nie... raczej nie. Wtem przemyślenia księcia przerwały chichoty.
- Hhiiihiii, hheeej Eddy, chychychyba ci się coś poplątało. - chichotał młody samiec hieny.
- Weź się nie wygłupiaj, Banzai. Może on faktycznie widział tu jakiegoś lwa. Król niezbyt się ucieszy, jak nas tu zobaczy. Matka miała rację, lepiej stąd wiać, bo nam coś jeszcze zrobią.
- Tchóóóóórzyyyyyysz! - zawył Banzai i zaczął śmiać się tak mocno, że aż padł na ziemię i turlał się przed nogami młodej hieny, która radziła stamtąd znikać.
Taka obserował je z półki skalnej kilka metrów nad nimi.
- Ona ma rację. Mój ojciec nikogo z was nie oszczędzi, jak was tu zobaczy. - powiedział głośno i zeskoczył z owej półki na ziemię przed nimi, robiąc przy tym niemałe wrażenie. Wszyscy troje zbili się pod ścianą w jedną, szarą, roztrzęsioną kulkę.
- Oooo rany! - zawył Eddy śmiejąc się głupawo.
- Zamknij się! - wrzasnął Banzai.
- Książę, wybacz, nas już tu nie ma, my zaraz... - jąkała się hiena, najwyraźniej najbardziej rozgarnięta z nich wszystkich.
Taka spojrzał na nich litościwie.
- A czy ja wam każę uciekać? - powiedział i siadł przed nimi.
Hiena nieco się uspokoiła, podczas kiedy jej towarzysze nadal trzęśli się pod ścianą. Podeszła bliżej.
- Jak ci na imię? Oni to Banzai i Eddy, a ty? - powiedział spokojnie, przyglądając się jej.
- Shenzi... - odpowiedziała cicho. - Ty na pewno synem króla jesteś...? - zapytała z niedowierzaniem. - Nie znam jeszcze przypadku z rodziny królewskiej, który rozmawiałby z hienami... - i spojrzała na niego podejrzliwie jakby w obawie, że zrobi im coś złego.
- Nie każdy musi być tak głupi i jednocześnie tak krwiożerczy, jak Ahadi. - powiedział Taka odwracając głowę. - Z resztą, właśnie taki przypadek poznałaś.
 Hiena uśmiechnęła się lekko. Wtem Banzai, widząc łagodne usposobienie przybysza wobec nich, odkleił się od ściany i Eda, podszedł do Shenzi i wrzasnął:
- A ty kto w takim razie? Bo nie mieliśmy przyjemności!
 Dostał przez łeb od młodej hieny, która nienawidziła gwałtownych reakcji Banzaia. Taka jednak bardzo się tym nie przejął.
- Jestem... - tu zająknął się. Nie chciał zdradzać im swego prawdziwego imienia, żeby ojciec nie dowiedział się, że z nimi trzyma. - Skaza. - powiedział i uśmiechnął się.
Shenzi zmierzyła go wzrokiem. Wtedy do głowy wpadł jej pomysł. Wtedy w powietrzu rozległ się ryk Ahadiego.
- Taka! - wrzasnął.
 Hieny natychmiast zaczęły uciekać wąską szczeliną w skałach, w stronę Cmentarzyska Słoni. Taka nawet nie drgnął. Obejrzał się. Ujrzał ojca na tej samej półce skalnej, na której przed chwilą stał. Wielki lew o złotej sierści i rozwiewanej przez wiatr czarnej grzywie, stał patrząc złowrogo na niego.
- Gdzie ty się szwędasz?! - powiedział gniewnie.
- Ojcze, zdaje się, że po Królestwie wolno mi chodzić jak i gdzie mi się podoba. - powiedział lekceważąco.
 Ahadi i jego towarzysze, lwy z Gwardii Króla - Mega, Waren, Bolaji, Erwin, Biff i Hakord zeszli w dół do księcia. Ojciec skinął na niego i powiedział:
- Mniejsza. Pogadamy w drodze. Chodź za mną.
 Taka nie zamierzał pytać, dyskutować. Każda okazja przejrzenia poczynań ojca była dla niego wielką szansą. Chciał zaprowadzić pokój z hienami, więc znajomość każdych wypadów Ahadiego na nie była znacząca.
 Shenzi spoglądała ze szczeliny w skale na to, jak król, jego syn i jego towarzysze odchodzą powoli, wspinają się na skały i idą w stronę Złej Ziemi. Mruknęła sama do siebie:
- Mieć układy z księciem Lwiej Ziemi... Klawo... - i zachichotała cicho.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz